The Egg by Andy Weir translated to Polish
The original version is hosted on Andy's webpage: https://www.galactanet.com/oneoff/theegg_mod.html
I checked for the Polish translation, and it can use more modern translation. I wrote to Andy and he agreed, anyway due to the fact he is a busy man, the translation on website stays as is, but he agreed that I can post my translation to any other place. Awesome! Thank you, Andy. So, here it is!
The Egg
By: Andy WeirTranslation: Michał Smalera
Jechałeś do domu kiedy zginąłeś.To był wypadek samochodowy. Nic szczególnego, ale mimo wszystko śmiertelny. Zostawiłeś posobie żonę oraz dwoje dzieci. Śmierć przyszła szybko i bez bólu. Ratownicy próbowali cię ocalić,ale bezskutecznie. I dobrze. Twoje ciało było w takim stanie, że lepiej było odejść.Wtedy mnie spotkałeś.– Co... Co się stało? – zapytałeś. – Gdzie jestem?– Umarłeś – powiedziałem rzeczowo. Nie ma sensu owijać w bawełnę.– Pamiętam... Ciężarówka wpadła w poślizg...– Tak.– Ja... umarłem?– Tak. Ale nie przejmuj się. Wszyscy kiedyś umierają.Rozejrzałeś się. Wokół nie było nic. Tylko ty i ja.– Co to za miejsce? – zapytałeś. – To zaświaty?– Mniej więcej.– Jesteś Bogiem?– Tak. Jestem Bogiem.– Moje dzieci... Moja żona...– Co z nimi?– Co się z nimi stanie?– To mi się podoba – powiedziałem. – Ledwo co umarłeś, a myślisz o rodzinie. Dobrze.Spojrzałeś na mnie z fascynacją. Nie wyglądałem dla ciebie jak Bóg. Wyglądałem jak zwykłyczłowiek. Może jak jakiś nieokreślony autorytet. Bardziej nauczyciel niż wszechmocna istota.– Nie martw się. Dadzą sobie radę. Dzieci zapamiętają cię jako kogoś idealnego pod każdymwzględem. Nie miały czasu, żeby zacząć cię nienawidzić.– Twoja żona będzie na zewnątrz pogrążona w rozpaczy, ale w głębi duszy poczuje ulgę. Prawdęmówiąc, wasze małżeństwo było już w rozsypce. Jeśli to cię pocieszy, będzie się potem czuławinna z powodu tej ulgi.– Aha – powiedziałeś. – Więc co teraz? Trafię do nieba, do piekła czy gdzieś indziej?– Ani jedno, ani drugie. Odrodzisz się.– Aha – powiedziałeś. – Więc Hindusi mieli rację.– Wszystkie religie mają w pewnym sensie rację – odpowiedziałem. – Chodź ze mną.Podążyłeś za mną w nicość.– Gdzie idziemy?– Nigdzie. Lubię chodzić, kiedy rozmawiam.– Po co więc? Kiedy się odrodzę, będę tylko czystą kartą, prawda? Dzieckiem. Wszystkiedoświadczenia i wszystko, co osiągnąłem w tym życiu, nie będzie miało znaczenia.– Nieprawda! Masz w sobie całą wiedzę i doświadczenie wszystkich swoich poprzednich żyć. Poprostu w tej chwili ich nie pamiętasz.Zatrzymałem się i chwyciłem cię za ramiona.– Twoja dusza jest o wiele wspanialsza, piękniejsza i większa, niż mógłbyś sobie wyobrazić. Twójludzki umysł może pomieścić jedynie niewielką część tego, czym naprawdę jesteś. To tak,jakbyś zanurzył palec w szklance wody, żeby sprawdzić, czy jest zimna, czy gorąca. Wkładasz doniej niewielką część siebie, a kiedy ją wyjmujesz, zabierasz ze sobą całe doświadczenie, którezdobyła.Byłeś człowiekiem przez ostatnie czterdzieści osiem lat, więc nie zdążyłeś się jeszczerozciągnąć na tyle, by poczuć ogrom swojej świadomości. Gdybyśmy rozmawiali wystarczającodługo, przypomniałbyś sobie wszystko. Ale nie ma sensu robić tego między kolejnymi życiami.– Ile razy już się odradzałem?– Wiele. Bardzo wiele. W wielu różnych życiach – odpowiedziałem. – Tym razem będzieszchińską wieśniaczką w 540 roku naszej ery.– Co? – wyjąkałeś. – Wysyłasz mnie do przeszłości?– Teoretycznie. Sposób, w jaki postrzegasz czas, istnieje wyłącznie w twoim wszechświecie. Wmiejscu, z którego pochodzę, sprawy wyglądają trochę inaczej.– W miejscu, z którego pochodzisz? – zapytałeś.– Pewnie – wyjaśniłem. – Skądś pochodzę. Z innego miejsca. Są też inni tacy jak ja. Wiem, żechciałbyś wiedzieć, jak tam jest, ale szczerze mówiąc, nie zrozumiałbyś.– Aha – powiedziałeś z lekkim rozczarowaniem. – Ale czekaj. Skoro mogę odradzać się w różnychczasach, to mogłem kiedyś spotkać samego siebie.– Pewnie. Dzieje się tak cały czas. A ponieważ każde z tych żyć jest świadome tylko własnegoistnienia, nawet nie zdajesz sobie sprawy, że to się dzieje.– Po co to wszystko?– Naprawdę? – zapytałem. – Naprawdę pytasz mnie o sens życia? Czy to nie trochę banalne?– To całkiem rozsądne pytanie – upierałeś się.Spojrzałem ci w oczy.– Sensem życia jest to, żebyś dorósł. To dlatego stworzyłem cały ten wszechświat.– Mówisz o ludzkości? Chcesz, żebyśmy dorośli?– Nie chodzi o ludzkość. Chodzi o ciebie. Stworzyłem ten świat dla ciebie. Z każdym życiemrośniesz, dojrzewasz i stajesz się mądrzejszy.– Tylko ja? A co z resztą?– Nie ma żadnej reszty – powiedziałem. – W tym wszechświecie jesteśmy tylko ty i ja.Wlepiłeś we mnie puste spojrzenie.– A wszyscy ludzie na Ziemi...– Wszyscy to ty. Twoje różne wcielenia.– Czekaj. Jestem każdym!?– Zaczynasz rozumieć – powiedziałem i poklepałem cię po plecach.– Jestem każdym, kto kiedykolwiek żył?– Lub będzie żył. Tak.– Jestem Abrahamem Lincolnem?– I Johnem Wilkesem Boothem* – dodałem.– Jestem Hitlerem?! – zapytałeś wzburzony.– I milionami ludzi, których zabił.– Jezusem?– I każdym, kto za nim podążał.Zamilkłeś.– Za każdym razem, kiedy kogoś skrzywdziłeś – powiedziałem – skrzywdziłeś samego siebie.Każdą dobrą rzecz, którą zrobiłeś, zrobiłeś również sobie. Każda szczęśliwa i smutna chwila,której ktokolwiek doświadczył lub jeszcze doświadczy, była i będzie twoim udziałem.Zastanawiałeś się przez dłuższą chwilę.– Dlaczego? – zapytałeś. – Po co to wszystko?– Ponieważ kiedyś staniesz się taki jak ja. Tym właśnie jesteś. Kimś takim jak ja. Jesteś moimsynem.– Łał – powiedziałeś z niedowierzaniem. – Mówisz, że jestem Bogiem?– Nie. Jeszcze nie. Jesteś płodem. Wciąż rośniesz. Kiedy przeżyjesz wszystkie ludzkie życia wcałej historii, urośniesz wystarczająco, by się narodzić.– Więc cały wszechświat – powiedziałeś. – To tylko...– Jajko – odpowiedziałem. – A teraz nadszedł czas, żebyś rozpoczął swoje kolejne życie.I posłałem cię w drogę.* John Wilkes Booth (1838–1865) – amerykański aktor i zagorzały zwolennik Konfederacji, który 14kwietnia 1865 roku dokonał zamachu na prezydenta Abrahama Lincolna, zabijając go podczasprzedstawienia w Ford’s Theatre w Waszyngtonie.
Comments
Post a Comment